Skąd wziął się Bóg


Dociekamy genezy człowieka, skąd, dlaczego, a może przez kogo. Tutaj często pojawia się dyskusja o ist­nie­niu Boga. Ale… Skąd wziął się Bóg?

Ktoś jakiś czas temu zadał mi to pytanie. Kto stworzył świat? Która stworzył Boga? Kto stworzył tego, który stworzył Boga? Niekończąca się pętla pytań, choć może tylko pozornie, bo jest kilka łamią­cych ją odpowiedzi.

Pier­wsza odpowiedź to: nikt. Nikt nie stworzył Boga, bo Boga nie ma. Albo nikt nie stworzył Boga, bo był od zawsze. Wieczny, niest­wor­zony. Nie zagłębi­a­jmy się tutaj w kwestię jego wkładu w pow­stanie rodzaju ludzkiego.

Druga, nie do końca łamiąca tę pętlę zagadek jest taka, że Bóg to przed­staw­iciel cywiliza­cji, która osiągnęła taki poziom roz­woju tech­nicznego i men­tal­nego, że stała się społecznoś­cią bogów, istot dla nas nad­przy­rod­zonych. Jed­nak skąd wzięli się owi bogowie? Ewolucja.

Ostat­nia i moim zdaniem najprawdzi­wsza odpowiedź jest taka, że Boga stworzył człowiek. Jego wiara. Że Bóg pojawia się zawsze tam gdzie jest człowiek. Bóg zatem pow­stał wraz z człowiekiem i jest punk­tem, gdzie łączą się jaźnie wszys­t­kich ist­nień ludz­kich. Tych żyją­cych i kwan­towe pogłosy tych, którzy odes­zli. Jest istotą z materii ludz­kich myśli i wiary.

Ostate­cznie jed­nak to skąd i czy w ogóle się wziął ma małe znacze­nie, to tylko łamigłówka pozwala­jąca się wznieść na wyższe poziomy abstrakcji albo uciąć ją jakimś banałem. Na przykład takim: tak naprawdę liczy się tylko to w co sami wierzymy.


Pierwotna technologia


Zaczęło się od czarnego ekranu i szarych lin­i­jek tek­stu. Komend wpisy­wanych z klaw­iatury. Tajem­nych zak­lęć znanych nielicznym. Uży­cie kom­put­era wyma­gało przeszkole­nia, zro­bi­e­nie czegokol­wiek wyma­gało zna­jo­mości kilku(nastu) komend i zwykle języka ang­iel­skiego. Bari­era wejś­cia była gruba a tech­nolo­gia mało rozwinięta.

Później pojaw­iły się okna, kur­sory, myszki. Umiejęt­ność czy­ta­nia i pewne obez­nanie z tech­nologią załatwiało sprawę, przy­na­jm­niej w kwestii pod­sta­wowych czyn­ności. Nadal jed­nak wyma­gana była pewna wiedza, zna­jo­mość paru pojęć, język ang­iel­ski zawsze i wszędzie poma­gał. Z cza­sem bari­era wejś­cia się pom­niejszała, kom­puter coraz więcej mógł robić za użytkown­ika nie zna­jącego tem­atu. Wciąż jed­nak komu­nikowal­iśmy się z nim za pomocą klaw­iatury i myszy, aż w końcu…

Ekrany dotykowe. Najpierw wymyślny bajer, bardziej utrud­ni­a­jący pracę niż poma­ga­jący, ale ‘fajny’. Kom­put­ery jako takie może i nadal są czym są, teraz jed­nak ist­nieją urządzenia sil­niejsze sprzę­towo od kom­put­erów sprzed paru lat. A bari­erą wejś­cia jest umiejęt­ność maza­nia paluchem po ekranie. Oczy­wiś­cie umiejęt­ność czy­ta­nia i pisa­nia nadal się przy­daje, ale nie jest konieczna. Niez­abez­piec­zony wzorem ani pinem tablet jest w stanie odblokować niespełna dwulet­nie dziecko. Jest w stanie grać w proste gry. Nie ma przy­cisków, nie trzeba rozróż­niać guzików na kon­trol­erze, bo nie ma żadnego kon­trol­era. Wystar­czy dotknąć ekranu. Tech­nolo­gia stała się prymi­ty­wna w obsłudze, pier­wotną, choć bardzo zaawan­sowana w dzi­ała­niu. Po części właśnie po to by mogła być obsłużona przez więk­szą ilość osób.

Ta myśl naw­iedz­iła mnie ostat­nio. Ludzie nie znają się na tech­nologii bardziej niż za cza­sów kom­put­erów z inter­fe­jsem tek­stowym. Po prostu tech­nolo­gia teraz bardziej ‘zna się’ na ludziach.


Coraz mniej


Jest nas coraz mniej. Coraz mniej ciała, mniej człowieka. Być jak manekin z wys­tawy, pach­nieć jak przed­miot, mniej, mniej. Najhigien­iczniej zniknąć zupełnie, pow­stać na nowo, wydrukować się w druku 3D. Albo i w drugą stronę. Mniej umysłu, kon­sumować, kon­sumować, aż ciało zarośnie wszelką myśl. Żyć wymyślonymi (przez kogoś innego) światami, żyć czy­imś życiem, nie mysleć, nie być. Nie musieć nic. Zad­owalać się fikcją, nie żyć, zale­gać tylko w rzeczy­wis­tości, nie ist­nieć wniej.

Mniej uczuć, więcej emocji. Kon­sumować siebie nawza­jem. Nie mieć uczuć, brać, dawać, wymieniać się sobą. Pach­nieć jak przed­miot i być przed­miotem. Coraz mniej człowieka. Albo widzieć się z daleka. Widzieć, zbliżać się. Widzi­adło do widzi­adła, nie człowiek do człowieka. Obraz do obrazu. Być zdję­ciem, być lin­ijką tek­stu, cza­sem głosem w słuchawce (zbyt ryzykownie, zbyt prawdzi­wie, zbyt trudno nie ist­nieć mając głos).

Coraz mniej człowieka. Nie jesteś tym jaki jesteś. Jesteś kato­likiem, Żydem, gejem, les­bijką, nar­o­dow­cem, lewakiem, anar­chistą, faszystą, pedałem. Wierzysz w to, jesteś tym i tym, nien­aw­idzisz tych i tych, gło­su­jesz na tych i na tych, czy­tasz to i to, wierzysz temu i temu. Nie masz wyboru. Tagu­jesz się na prawo, lewo, cen­tro, homo, het­ero, bi, czarno, biało, żółto. Jesteś kato­likiem, Żydem, muzuł­ma­ninem, rasistą, oszustem, ter­ro­rystą. Wszys­tko zostało już dla Ciebie wybrane, pomyślane. Już wiadomo kim jesteś, Ty nie musisz nic wiedzieć. Wybierz albo wybrano za Ciebie. Nie jesteś człowiekiem. Jesteś chmurą tagów. Wybierz swoje, dołącz do reszty. Do wol­ności w wielo­jed­ności, gdzie jest się tym gdzie się należy, a nie tym kim się jest. Nie ist­nieje się. Pow­tarza się słowa, wykonuje zapro­gramowane czyn­ności. Jest się nośnikiem sub(pod/nie/anty)kultury. Nie twor­zonej przez jej przy­należnych, ale tworzącej ich. Antykul­tury bez człowieka.

Nie chcieć być przed­miotem. Nie chcieć być maską. Łamać się, pękać pod naporem wielo­jed­nej antykul­tury, tej która chce nas stworzyć. Uciekać, odci­nać się: od świata, od siebie, od ciała. Nie być ciałem, nie być nieczłowiekiem-produktem. Być lin­ijką kodu. Zero jeden zero jeden prawda fałsz prawda fałsz. Żadne może, żadne domysły, żadne (niedo)określenia, żadne tagi. Samemu być tagiem na chmurę swoich “ja”.

Nie uciekać, nie odci­nać się od siebie. Nie być pro­duk­tem nikogo innego niż siebie. Samemu siebie tworzyć. Ist­nieć, ist­nieć naj­moc­niej jak się da. Być pomimo. Zapom­nieć chęć bycia częś­cią masy. Wielo­jed­nych, pozornie odmi­en­nych organizmów-tagów, innych ale tak samo pobaw­ionych woli, pozbaw­ionych swo­jego włas­nego ist­nienia. Patrzeć. Widzieć. Cza­sem poudawać, że ludzkość jest lep­sza niż jest. Iść tam gdzie się nie było. Myśleć to czego się jeszcze nie pomyślało. Być swoim włas­nym domem.

~*~

I myśl, że to wewnętrzne “ja” też nie jest do końca prawdziwe. Nie zawsze powie prawdę, przemil­czy. Przemil­czy to co zach­wiałoby postrze­ganie jego własne postrze­ganie siebie. Nie zniesie niek­tórych myśli i wycofa się, dając drogę emocjom, których nie umie zdusić. To nie świad­czy o jego słabości. To świad­czy, że ist­nieje coś co musimy w sobie zwal­czyć. Zawsze jest coś co trzeba w sobie zwal­czać, a droga do doskon­ałości nigdy się nie kończy. Dlat­ego gry bywają tak rozczarowu­jące… Poświę­casz czas, dążysz do roz­woju swo­jego awatara i nagle… masz wszys­tko co możesz mieć. Nie pozostaje nic więcej. Co wtedy zwykle robimy? Zaczy­namy od zera, w tej czy innej grze, by znowu móc doskon­alić swoje wirtu­alne “ja”.


Notatka #6: Skrawki świadomości


Myśli próbują się zebrać, chodzą w tę i wewtę, chci­ałoby się, ale nie chce się ich zapisy­wać. Rzeczy­wis­tość kłębi się wokół, razem z ludźmi i ich zbud­zonymi latem myślami, żądzami. Samemu czuje się zmi­anę, dostrzega ją w innych, jak opowiadają swoje równie dzi­wne sny pod prawie zaćmionym księżycem. Lato zaczyna się w ludzi­ach zanim jeszcze wyjdzie słońce i uderzy pier­wsza burza.

Szkoda, że nie było wiosny. Lato przeszło w jesień, ta w prawie bezśnieżną zimę i znowu przyszła jesień, powoli coraz cieple­jsza, prażona już mimo chłodu let­nim słońcem. A teraz lato, z dnia na dzień. Może stąd ta nuta sza­leństwa w ludzi­ach. Choć zdaje się to uspoka­jać i prze­chodzi w let­nią żywot­ność. Kiedy czuje się ten zapach w powi­etrzu i bez szczegól­nego powodu idzie się sprężyś­ciej jakby i gęba się uśmiecha. Nawet jeśli na początku pomyślało się, pod ostrym słońcem, jeszcze w chłodzie prawie zimowym, że szkoda, że przy­chodzi ten nieznośny gorąc.

~*~

Jeden słoń. Drugi słoń. Trzeci słoń. Grz­mot. Najpierw czer­wone błyski za chmu­rami, później już błyskaw­ice przeci­na­jące niebo. Zaczęliśmy przeliczać słonie na odległość burzy. Im więcej słoni, tym bez­pieczniej. Jeden słoń. Wypowiedze­nie lub pomyśle­nie tych słów zaj­muje około dwóch sekund, pręd­kość dźwięku to około 320 metrów na sekundę. Biorąc pod uwagę niedokład­ność obliczeń, przyjęliśmy, że jeden słoń to nie mniej niż pięćset metrów, pół kilo­me­tra. A dziesięć słoni to jeden mamut. Później zaczęliśmy się zas­tanaw­iać ilusło­niowe pioruny widzieliśmy.

Wczesne liceum, rynek, siecze deszcz, wokół burza. Stoi się pod fila­rami, dzwoni się do domu. Nagle trzask, iskry. Piorun uderza w wieżę ratusza. Zero słoni.

~*~

Zimno. Szczęka się zębami, chłód wiec­zora wkrada się pod ubranie. Na początku jest to nieprzy­jemne, ale drże­nie po chwili mija, kiedy całym jest się juz w tym chłodzie.
Złość tak głęboka, że już bez wybuchów, bez żadnej gwał­towności, wręcz metody­cznie i prze­myślanie cedzi się jad­owite słowa. Głos cichy, siekący chło­dem. To nie ja.
Czuje się jak odpły­wają emocje, odchodzi gniew, gas­zony zim­nem wiec­zora, wydy­chany chmu­rami tyto­niowego dymu.
Zagu­bi­e­nie tak wielkie, że nie można zapy­tać o drogę. Zawa­hać się, pokazać zmiesza­nia. Patrzą, patrzą, trzeba się schować. Wstyd. To nie ja.
Już nawet nie wyczuwa się chłodu. Czuje się uko­je­nie, można by się w niego wtulić i już zawsze go mieć w sobie. Rozpina się koszulę, by poczuć zimniejszy powiew.
Nie ja. Nie ja. Kto zatem? To wszys­tko maski, których chci­ałoby się pozbyć, zer­wać cza­sem choćby i razem z twarzą. Maski. Wszys­tkie nieprawdziwe i prawdziwe. Jakby zdjąć je wszys­tkie, może okaza­łoby się, że w ogóle nas nie ma.
Odsła­nia się sre­brną obrączkę na rze­myku. Zamie­nil­iśmy je na brą­zowe, znaczące na brud­nozielono skórę. Ponoć brąz tak dzi­ała na nielicznych. Reaguje. Oboje jesteśmy nieliczni. Wchodzi się znów w ciepło, chłód zostaje za drzwiami.


Thinking semagrams


What are… or maybe what our thoughts sound like? These are the words, sequences of sounds of a lan­guage in which we think. Another issue that is worth not­ing is that the lan­guage in which we think affects how we think. We build sen­tences in Pol­ish dif­fer­ent way than in Eng­lish. A com­pletely dif­fer­ent rep­re­sen­ta­tion of thoughts is a sign lan­guage: the per­son think­ing it, sees in his or her mind hands per­form­ing appro­pri­ate gestures.


Story: The ravens singing


The wind were whis­per­ing low over the ground and the trees were rustling some­where up high. The lone caw­ing of a raven. We sat there and looked at the leaves danc­ing in the air.

Then another raven answered in his deep, throathy voice.
“Do you hear them singing?” I asked you silently, like in fear of interupt­ing the birds. You looked at me with some kind of won­der­ment in your face.
“Do you call it singing? They just… croak,” you shrugged.
“Every­body sings in their own voice, in their own way. It is all the same about us.”

Maybe,” you mut­tered seem­ingly uncon­vinced, drain­ing away. But then, you started to look around, seek­ing the source of these unpleas­ant voices. Then you looked at me.
“And how do you sing?”

I do not know,” I smiled a lit­tle. “But some­times I wish I could be a raven.” You were sur­prised again.
“Why? Would you like to eat car­cass?” you seemed to be jok­ing, but…
“We do it any­way. They give it to us and we take it. Ravens find it by them­selves. They are always some­where close, but in the same time so far away. We do not see them too often. They live together, some­where up high and do not care about the world. And world is too busy to care about the ravens.”

You were look­ing at me for some long, silent moment. And then you embraced me. We were lis­ten­ing to the ravens singing.

For B.

Po pol­sku.


Over the daily routine


You get up in the morn­ing, take a shower, wake your­self up with a cup of cof­fee. You may smoke a cig­a­rette or you may belong to the illus­tri­ous group of non-smokers. And maybe not drink­ing cof­fee? How­ever, you move slowly or, because of being late, quickly towards your more or less bor­ing life. Every­thing is just a routine.

You go to school, to col­lege, to work … You live or sim­ply wade through the day, until com­ing back home. Along the way, maybe you drop by to a place where you stop for a moment, before the next part of your every­day life. You sat­isfy your oblig­a­tions, you rest if there is a time for it and then night comes. Tomor­row every­thing is repeated. Nobody breaks the loop.

That is why these days, as they are, we need our per­sonal rit­u­als even more. Moments when we ded­i­cate our­selves to some­thing else than just the daily rush, which slowly makes us for­get what do we rush for. Do not be afraid, how­ever, it does not imply bloody sac­ri­fices or that sort of thing … ;)

You only need to stop for a moment… Make good, true cof­fee. Enjoy its aroma. You may also per­form a lit­tle tea cer­e­mony. A sim­i­lar rit­ual is smok­ing a pipe. It can­not be smoked dif­fer­ent way or at least, it does not make sense. I would also men­tion a glass of good alco­hol in the evening or fra­grant tea with rum… But am I not prop­a­gat­ing var­i­ous stim­u­lants too much?

These are only exam­ples that come to my mind. Every­one can find their own gap in the present. Find some­thing that momen­tar­ily takes his or her mind away from this gray. It may be some pas­sion, to which we come back in our free time. Some­thing that calms our thoughts and places us far from the reality.

Folk wis­dom says that we have to be down to earth, to be near it, not to get car­ried away from it, not to drift into our own thoughts. Because we live here and now, we are imme­di­ately away from each other and from ourselves.

Although the fact that every­thing became so down to earth and every­thing wants to pull us down is the rea­son for us to seize the moments. Some­thing for us, the frag­ments of our­selves and arrange them, but never fin­ish doing it… Because build­ing one­self never ends and it should not end. The best moment to start is now, even with small things … For how else can we pre­pare for the great ones?

Po pol­sku.


Common (un)common places


Who among us does not know any spe­cial places? Those where we feel at home, where we are away from the tur­moil and gray of the world around us, run­ning to work, school or home. Even if these places are located in the cen­ter of the city. I know at least a few places of that kind, but it is point­less to show it to you – to you it shall be quite ordi­nary. Why?

Every­one, usu­ally uncon­sciously, build their own unique­ness. For me, these spe­cial places mean peace, thought­ful­ness, rest… Stop on the way and some­times they them­selves are the des­ti­na­tion. It is a place where you always drink cof­fee wait­ing for the train. It is a place, where you always meet some­one. Finally, it is also a place where you meet some­one for the first time.

We could think about a dark cafe with old wooden chairs, a wob­bling table which we do not even mind, where the smell of brewed cof­fee with a cig­a­rette or pipe smoke float under the ceil­ing. The place where we come to relax, read a book, to write or even work in peace. How­ever, such an atmos­phere is not what I am talk­ing about. This unique­ness is deter­mined only by ourselves.

fajka00

I mean here the usual places, such as a typ­i­cal cof­fee­house in the city cen­ter or at a busy sta­tion or even a park bench. Their unique­ness is a per­son, a mem­ory, spe­cial pur­pose or thought we had in mind being there for the first time. It is a con­ver­sa­tion, some­one who lis­tened to us or some­one we lis­tened to. It is smok­ing a pipe with friend at the tourist table. In silence, with no need to use any words to communicate.

The present real­ity chases us into the trap of social pat­terns, push­ing us between the cogs of finan­cial machin­ery and time is some­thing that we see only in the form of dig­its on our phones, and much less on the clock face… That is why we really need a place that will allow us to hide from it, drift into our own thoughts and at least give some respite and the strength to con­tinue to strive for their goals.

Po pol­sku.


Kilka spostrzeżeń nt. Snapchat’a


Żyjąc w erze social mediów nauczyliśmy się, że nic nie znika. Że maszyna pamięta za nas. Co robil­iśmy wtedy i wtedy, jak wyglą­dal­iśmy, z kim byliśmy, gdzie byliśmy. Okazało się, że jedno konto tak naprawdę star­czy nam do wszys­tkiego. Klikamy ‘połącz’ i voila. Żadnych nowych haseł, loginów do pamię­ta­nia. Byleby dane do fejs­buka były bez­pieczne. Widz­imy coś ciekawego, zapisu­jemy na później, wracamy do starych zdjęć, treści, z nudów przeglą­damy inter­ne­towy życio­rys kogoś zna­jomego. Wszys­tko jest stałe, na dobrą sprawę nieusuwalne, wykute w zero­je­dynkowej skale. W między­cza­sie też przyzwycza­jamy się, że wszys­tko mamy gdzieś zapisane, maszyna, chmura, powoli zastępuje nam pamięć. W głowie mamy już tylko wskaźniki do swo­jej zewnętrznej pamięci. Tablicę wskaźników. Wskaźnik do tabl­icy wskaźników. Cza­sem prz­er­aża nas wizja segfaulta.

Nie dziwi zatem fakt jaką furorę i niezrozu­mie­nie wywołuje Snapchat. Tam nic nie jest stałe, przemija. Może to budzić jakąś niechęć, niepokój, ale z drugiej strony daje pewne poczu­cie wol­ności. Możemy wrzu­cić coś głupiego a to najpóźniej po 24 godz­i­nach pójdzie w niepamięć. Nie połączymy konta z fejs­bukiem, twit­terem, nie udostęp­n­imy nawet swo­jego pro­filu w w.w. ser­wisach. Musimy podać nick, numer tele­fonu albo fizy­cznie (lub skrin­szo­towo) pokazać swo­jego ‘ducha’. Wszys­tko do czego przyzwycza­iły nas media społecznoś­ciowe, zwłaszcza Fb, w Snapcha­cie jest wywró­cone do góry nogami. Nic dzi­wnego, że tyle osób go nie rozu­mie. Nic dzi­wnego, że jest taki pop­u­larny. Jest inny. Bardziej angażuje, wydaje się bardziej oso­bisty, a jed­nocześnie mniej zobow­iązu­jący, a z drugiej strony hoł­du­jący kul­turze wiz­ual­nej, ale też dający zupełnie inną formę wyrazu niż pozostałe ser­wisy. I wyma­ga­jący zmi­any pode­jś­cia do treści, którą tworzymy oraz którą przyjmujemy.


Ładunek (emocjonalny) w prezydenckim Tupolewie


Kiedy pisałem o zbliża­jącej się szopce doty­czącej katas­trofy smoleńskiej nie wiedzi­ałem jeszcze o stenogra­mach ujawnionych przez RMF. Co one zmieni­ają? Teraz już chyba nic.

W obec­nej sytu­acji prawda już nie ma więk­szego znaczenia. Dla jed­nych to już zawsze będzie zamach (nieza­leżnie jakich dowodów by dostar­c­zono), dla drugich zaś wina nacisków na załogę. I nikt nikomu nie uwierzy, chyba że przyszedłby ktoś i się przyz­nał, że to jego rob­ota, że to oni i oni mi kazali. Ot, zwolen­nicy teorii zamachu zad­owoleni, tym drugim wszys­tko jedno. Prawda? Może i prawda, ale nikogo w medi­ach ani poli­tyce prawda nie obchodzi. Rozwiązanie tej sprawy raczej też nie. Bo po co pozby­wać się tak sil­nego ładunku emocji wokół tej sprawy, którym można ‘razić’ to jed­nych, to drugich potenc­jal­nych wybor­ców. Nie można byłoby już z nikogo robić oszołoma wierzącego w ‘spiseg’, a z drugiej strony zdra­jcy, spiskowca, mordercy. Sprawy nie rozwiązano, bo rozwiązanie jej nikomu się nie opłaca. Może poza rodz­iną i bliskimi ofiar, ale realny interes człowieka czy zwykła ludzka empa­tia jak zawsze leży poza sferą polityki.


Wolność i Prawda


Nie wiem jak, jakąś godz­inę temu wpadła mi na Twit­terze w oczy dość stara pub­likacja niewygłos­zonego przemówienia Lecha Kaczyńskiego i jego lek­tura nasunęła mi myśl, że był to chyba jedyny, naprawdę mądry prezy­dent RP. Dobry czy nie, zniszc­zony przez media. Poza tym, co mieliśmy? Elek­tryka, który chwalił się, że nie przeczy­tał nigdy żadnej książki (to chyba już nieak­tu­alne) i który pogrze­bał (umyśl­nie czy nie) szansę na jakiekol­wiek sen­sowne rozlicze­nie PRL’owskich zbrod­niarzy, później mieliśmy komu­nistę, a teraz? Hra­biego, który ani nie umie się zachować, ani powiedzieć niczego mądrego, nie speł­ni­a­jąc należy­cie nawet funkcji reprezen­ta­cyjnej. A tego, który mądrze mówił trzeba było ośmieszyć w wyjątkowo żałosny sposób, by później opluwać tych, którzy tak niszczyli medi­alną rep­utację tego człowieka, nie doce­ni­a­jąc tego co robił i do czego wzy­wał, zwraca­jąc uwagę tylko na gafy jakie popeł­niał. Nikt jed­nak, żadna z ‘dzi­en­nikars­kich’ hien nie uderzyła się w pierś. Mówiło się tylko, że źle się oce­ni­ało i źle pokazy­wało. Samo się robiło. Teraz już nie trzeba, bo już nie ma kogo dep­tać i odsuwać od mery­to­rycznej debaty.

W każdym razie, pole­cam przeczy­tać sobie te słowa i zas­tanowić się chwilę, zwłaszcza że zbliża się rocznica, wokół której być może znowu rozpęta się medi­alna szopka.


Szok! Blogerzy modowi zobaczyli jak powstają ubrania


Kole­jna szla­chetna i tak bardzo porusza­jąca akcja, tym razem blogerów z zagranicy (w sumie nie przy­pom­i­nam sobie, by nasi kochani influ­encerzy pol­skiej blo­gos­fery pochy­lali się nad czymś innym niż nowy wygląd Fb czy inne prob­lemy pier­wszego świata). Tutaj link z opisem akcji, oczy­wiś­cie z najrzetel­niejszego (zaraz obok naTemat) ser­wisu infor­ma­cyjnego.


Hello there!


Maybe some­one could reme­ber (which I pretty doubt) that Grim Pan­cakes existed once and did quite well until I started to write some crap there and they finally died of me being dis­gusted with my own texts, but its once again here.


How personal can you get?


It always sur­prises me, when peo­ple not exactly write about their per­sonal life, but they reveal some vital, espe­cially painful, mem­o­ries, accord­ing to some sub­ject they discuss.

Why am I sur­prised? Because we rather con­nect such con­fes­sions with some anony­mous blogs, social pro­files, etc. And of course, we don’t think that some­one build­ing their per­sonal brand would write about being sad with their life and drink­ing or their child­hood traumas.


Keep It Short, Stupid


When you write a post that has over 500 words… the first thing you should do is to con­sider if you could make it shorter. Cut at least one hun­dred words if you can.

Make sure if you really need that intro­duc­tory para­graph. If you really need to intro­duce one para­graph with another or if isn’t the whole text just an intro­duc­tion to a con­clu­sion, where in fact you doubt your own idea. If I’m talk­ing about your text, that prob­a­bly means you force your­self to write, so… stop it.