Zwykła zapalniczka


“…to tylko zwykła zapalniczka. Nic więcej.”
“Zwykła? O nie. Była zwykła kiedy ją kupiłem. Przestała taka być nim pękła… I nim spadła mi na chodnik i zaczął wypadać z niej palnik. Teraz to jest pęknięta zapalniczka, z której czasem wypada palnik. Nie jest zwykła. Teraz to Zapalniczka Rzniwiaża +1.”

Zapalniczka: http://l.grimpancak.es/Zapalniczka #blog #post #blogpost #blackandwhite #lomogramNa każdym przedmiocie, którego dotykamy, używamy, zostawiamy odcisk naszej duszy. Im częściej, tym wyraźniejszy. Historia każdego przedmiotu zaczyna się w momencie kiedy go otrzymujemy. Na początku są zwykłe, niektóre zawsze takie pozostają, ale inne… Stają się częścią nas samych.

Utrata takiego przedmiotu zaś potrafi ranić. Zaginiony list z książki otrzymanej od wyjątkowej osoby. Srebrny medalik zawłaszczony przez kogoś kto zdawał się być kimś ważnym. Wyrwany razem z kawałkiem duszy, dziura zabliźniająca się przez lata. Te przedmioty, nieposiadane już, są jeszcze bardziej nasze.

To w sumie zdradza do pewnego stopnia niezdrową tendencję: przywiązywanie się do przedmiotów. Czasem wręcz wpędzamy się w swoiste przesądy dotyczące rzeczy, które nas otaczają. Co one znaczą? Znaczą dokładnie tyle ile znaczenia im nadajemy. Pytanie brzmi, czy chcielibyśmy otaczać się rzeczami nieistotnymi, jednorazowymi, pozbawionymi znaczenia.

Wydaje mi się, że idealny stan to taki, w którym wszystko wokół nas ma znaczenie – bo tego chcemy. Bez paranoicznego strachu przed zmianą, czy utratą czegoś. W końcu, każdy przedmiot, który utraciliśmy, stał się jeszcze bardziej nasz. Co więcej, stał się idealny, utraciwszy dla nas swą materialną formę.


Opowiadanie: Samotna Planeta – Światło


W tym świecie światło nie jest takie jak w innych. Nie jest takie jak było niegdyś, o ile jest w ogóle. Przez większość czasu panuje mrok, a serce Tha’rha’motzura ledwie przebija się przez chmury oparów w kolorze błota. Rzadko pada na ziemię koloru błota i pełzające po niej istoty, w pyle i w błocie, zdające się być częścią tego całego brudu, tego ochłapu świata jaki tu pozostał. I czasem rzeczywiście są. To wszystko to nie śmierć, to jedno wielkie wynaturzenie. Esencja Pana Rozkładu, Bal’thramzura unosząca się w powietrzu, tkwiąca w glebie, w każdym atomie. Powiedzieć, że ten świat jest martwy, to pomylić się. Bardzo się pomylić. Ten świat żyje nawet bardziej, żyje inaczej i wcale nie potrzebuje do tego swoich mieszkańców. Sam nim jest, on cały zdaje się być istotą i dąży do jedności. Ze wszystkim.

Czasem jednak i na Samotną Planetę pada światło. Ciepłe, czyste, jasne. W tej chmurze, skupisku, bajorze wiecznego brudu wręcz krystaliczne. Zdarza się, że taki promień skupia się w jednym miejscu. Natychmiast gromadzą się w nim wszelkie istoty, wszelkie niedobitki dawnego życia, które zdołają dostrzec, a może wyczuć tę jasność w oceanie brązowego pyłu. Niezależnie od swego rodzaju, od bóstwa, któremu służyli, kiedy jeszcze istnieli jacyś bogowie, lgną do tej resztki dawnego świata. Wyciągają swe kończyny, pozwalają mu spływać na siebie, mogą poczuć prawdziwe ciepło. Czyste ciepło.

Ten świat nie jest zimny. Nie panuje w nim zima. Nie jest też jednak ciepły, nie jest to ciepło, którego mógłby pragnąć ktokolwiek. To ciepło nieustannego gnicia, to ciepło życia w tym wszystkim, co powinno być martwe. To te wszystkie procesy, które nie powinny zachodzić. To jedna wielka gorączka, owoc choroby toczącej ten świat. Chłód oznacza tutaj czystość, zdrowie. Chłód tutaj to to czego pragnie każda żywa istota, to zimny okład na niezasklepioną ranę, którą jest cała ta planeta. Wyrwana, odarta ze skóry i zakażona chorobą, która nie zabija. Ona podtrzymuje przy życiu, a śmierć jest pragnieniem wielu. Tak często spełnionym w świecie gdzie nie ma nadziei.

Według niektórych to światło jest lekarstwem. Ono leczy chorobę, tę cielesną, obecną od narodzin, aż po chorobę umysłu. Bal’thramzur, Nieumierający… jego klątwa dotyka tak wielu. Nie zabija. Zmienia. Chociaż czym jest zmiana, kiedy już zdaje się nie istnieć ten podstawowy, właściwy wzór? Kiedy przedmioty są tak samo cielesne jak tkanka? Kiedy wszystko jest tkanką? Wielki plan Pana Rozkładu spełnił się. Nie z jego woli, ale jednak żył teraz w każdym. Pożerał wszystko, a może kiedyś i pożre martwe ciała bogów wciąż krążące gdzieś ponad chmurami zgnilizny.

Dlatego ta niewielka cząstka tej czystości, tego piękna, tego ciepła zdaje się być jedynym na co można mieć nadzieję. Popatrzyć wprost w promień światła i nie widzieć niczego poza nim. Wyobrażać sobie błękit nieba, wyobrażać sobie szum morza, drzew, szczyty gór skryte w białych obłokach. Coś, cokolwiek, wszystko poza błotem. Poza gnijącym bagnem tutejszego życia. Niektórzy po tym nie są już tacy sami. Niektórzy po prostu kładą się i umierają. Mówi się, że Tha’rha’motzur ich zabiera do siebie, że przyciąga ich dusze do swego serca.

Nikt wtedy nie patrzy na to co jest wokół. Na to błoto, na tę organiczną papkę, ani na siebie nawzajem. Na krwawiące kamienie, w których zasiane zostało wynaturzone życie. Lepiej nie patrzeć. Lepiej nie widzieć. Półmrok osłaniający ich od brzydoty, od widoku, który mógłby pożreć resztkę duszy. I słodka ciemność kołysząca ich do snu… Och, oby to był tylko koszmarny sen, tylko koszmarny sen…
Taka myśl towarzyszyła i jemu. Żył od niepamiętnych czasów. Żył znacznie dłużej niż powinien żyć człowiek i już nie pamiętał dlaczego. Nie pamiętał już nawet jak to jest naprawdę posiadać ciało. Był jednym z tych, których zmiany dotknęły jeszcze przed katastrofą. Zmieniła go obecna w nim magia, która stała się domeną Bal’thramzura. Nie pamiętał jak to jest czuć zapach, smak… nie pamiętał dźwięku swojego głosu. Oddychała za niego maszyna, mówiła za niego i była jego częścią tak samo jak resztki trupiobladej skóry. Tak bardzo chciał sobie przypomnieć… Tak bardzo chciał się obudzić.

~*~

Z Diamentowego Imperium Drakońskiego nie zostało już praktycznie nic. Tylko pustkowia i bagna, a wokół Leży Taramota powstało jedno z największych miast Samotnej Planety. To tutaj zjednoczono dwa od wieków skłócone imperia jaszczuroludzi pod władzą Diamentowego Smoka, który zstąpił na ziemię, aby walczyć z Tha’kazurem, Czarnym Smokiem uwolnionym ze swego więzienia w Otchłani przez Pana Rozkładu. To tutaj kiedyś zjednoczyło się całe Ord pod władzą jednego z ich najwyższych bogów i jednego z niewielu, którzy przetrwali swą pierwszą apokalipsę i ragnarok w jednym. Drugiej jednak nie przetrwał żaden z nich, nawet potężny Tha’rha’motzur zginął, by teraz jego ciało krążące wokół tej zapomnianej ziemi było jej jedynym słońcem, które tak rzadko koiło jej ból swoim światłem.

To właśnie tego światła pragnęli jego mieszkańcy. Wypatrywali go zza szkieł masek przeciwgazowych, poprzez soczewki sztucznych oczu, chcieli chłonąć je przez skórę. Niektórzy z tych, którzy w nie spojrzeli, przesiadywali godzinami, wpatrzeni w światło lampy, wyobrażając sobie, że dotykają absolutu, tak jak w tamtej krótkiej chwili. To była ich jedyna radość i potworny ból, kiedy musieli w końcu wrócić do rzeczywistości. Niektórzy w końcu ślepli. Otulali się słodką ciemnością już na zawsze.

~*~

To pragnienie, ta tęsknota prowadziła w otchłań szaleństwa. Szalona nadzieja, że gdzieś jeszcze są resztki tego co czyste, niezbrukane. Jakiś element dawnego świata, swoista droga ucieczki do nieistniejącej już rzeczywistości. Właśnie to ich niosło. Chcieli uciec przed życiem tutaj, a święta wyprawa mogła być wyjątkowo wyszukaną formą samobójstwa. Może byłaby to też sława, o ile wciąż żyliby drakoni i ludzie, którzy mogliby ich zapamiętać i podziwiać. Może gdyby to miało tu jakiekolwiek znaczenie.

W świecie bez boga wielu pragnęło wierzyć, ale nikt już naprawdę nie wierzył. Nawet ci, którzy namaszczeni przez kapłanów wsiadali na pokład jednego z ostatnich drakońskich okrętów powietrznych. Tha’kazur, bo tak nazwano ów okręt, znowu wracał do jasności. Tak jak wtedy, gdy umierał od ran zadanych mu przez Taramota, kiedy jego smocza duma kazała mu ostatnim tchnieniem ocalić swego wroga, rywala, ale również brata przed nikczemnym Panem Wojny. Ocalić całe Ord. Od tamtego dnia Tha’kazur znowu oznaczało Złotego Kamiennego Smoka, wyniesiono go na piedestał i nawet teraz wielu się do niego modliło. On jednak umarł dawno temu. Mówiło się, że jego dusza dołączyła do Mysta-Feysehmona, Stwórcy, ale on też już przepadł. Nie było nic. Teraz Tha’kazur 381B miał ich zanieść do gwiazd, ostatniej gwiazdy i ostatniej iskry boskości, złożyć w ofierze dawnej chwale i dawnym bogom.

Uczestnicy tej swoistej pielgrzymki właśnie wsiadali na pokład. Żegnała ich ledwie garstka istot. Wielu im zazdrościło, a wielu mimo desperacji bało się. Może tak naprawdę bali się zobaczyć, że ich światło to tak naprawdę mit, a jego źródło to symbol upadku wszelkiej nadziei. Jeszcze bardziej niż metaliczny, krwawy posmak, który czuli z każdym oddechem. O ile cokolwiek jeszcze czuli.

Było niemal pewne, że wszyscy, którzy odlecą nigdy już nie wrócą. Było całkowicie pewne, że nikt z nich wcale nie chce wracać. Byli tam przedstawiciele władcy Imperium: jakaż to dumna nazwa dla jednego miasta i paru osad wśród wypalonych i zeżartych rozkładem równin. Kilka podniosłych słów, krótka groteskowa szopka, próba wykrzesania dumy z aktu zbiorowego samobójstwa. Jednak może i była w tym jakaś nadzieja… Może tam w górze zobaczą coś, co przyniesie im ulgę.

Wszyscy byli już na pokładzie. Ludzie i drakoni. Większość z nich była biomechanicznymi istotami, składającymi się z ciała i organicznego metalu: protez czy też broni lub części pancerza, które pod wpływem zmian połączyły się z ich ciałem. Groteskowi święci męczennicy. Część z nich prawdopodobnie nie potrafiła tego znieść. Być po części maszyną, czuć zlany z tkankami, unerwiony metal. Kapitan Tha’kazura 381B miał jedynie biomechaniczne oko i rękę. Niewielu było dziś na świecie takich, którzy pozostali wolni od takich zmian, a żadnego z nich nie było na tym statku.

W końcu zaryczały silniki, pokład lekko zadrżał i okręt wzbił się w powietrze. Pordzewiały, metalowy smok… Tak samo jak zżarty rdzą był cały ten świat i jego mieszkańcy. Nawet i ten okręt nosił już ślady zmian. Nie sposób było odróżnić zachniętej krwi od rdzy. Może teraz nawet już nie było pomiędzy tym żadnej różnicy.

Niektórzy patrzyli z okien na świat, który opuszczali. Jaśniejące Diamentowe Miasto a wokół szaro-brązowa nicość. Bagno, jedno wielkie bagno, tym właśnie był ten świat. Świat który po chwili zniknął za chmurami barwy krwi i błota. Wszyscy milczeli, ciszę przerywał tylko odgłos mechanicznego oddechu jednego z pasażerów. Wprost z jego klatki piersiowej wyrastał gumowy wąż, który swe ujście miał tuż przy karku owego człowieka. Jego końcówka wyglądała jak filtr maski przeciwgazowej i pewnie nim właśnie było. Przyglądając się bliżej można było zauważyć, że ten święty mąż nie posiadał krtani. Możliwe, że nie posiadał też płuc ani przełyku. Jego szyja wyglądała jak sam kręgosłup obleczony skórą oraz plątaniną żył i metalowych rurek. On zapewne już nigdy nie wymówi żadnego słowa, inni jednak po prostu milczeli. Może w duchu modlili się, aby śmierć nie była dla nich zbyt bolesna.

Statek powietrzny szarpnął mocno, gdy Kapitan gwałtownie zmienił kurs, omijając chmurę zanieczyszczeń, która zdawała się chcieć pochłonąć Tha’kazura 381B. Ta przerażająca świadomość, że to wszystko żyje… Że gdzieś w głębi każda cząstka tego świata wżera się w każdą inną. Wżera się w jego mieszkańców. Z każdym oddechem, z każdym dotykiem.
„Tu kapitan. Ominąłem chmurę nieczystości,“ odezwał się trzeszczący głośnik. Nikogo to nie uspokoiło, bo też nikt nie okazywał niepokoju. Tylko cisza była coraz cięższa.

„Opuszczamy piekło…“ westchnął jeden z ludzi, siedzący tuż obok człowieka bez krtani. Ten tylko spojrzał na niego, otworzył na moment usta. Dało się widzieć tylko bezkształny kawałek mięsa, niby język, który jakby niekontrolowanie próbował się wyśliznąć spomiędzy jego zębów. Dopiero po chwili zabrzmiał stłumiony, metaliczny głos:
„Oby ponad nim było niebo.“ Te beznamiętne słowa zamknęły usta reszcie. Wszyscy wiedzieli, że lecą po to by zginąć, ale nikt nie mówił tego głośno. Musieli być dumni, silni. Tak jakby to jeszcze miało jakikolwiek sens. A może wierzyli? Może któryś z nich jeszcze wierzył…?

~*~

W ściekach zawsze królowały szczury, a ten świat był jednym, wielkim ściekiem. Jedną, wielką padliną… miał też zatem swoje szczury. Ludzi i nieludzi składających wszystko z resztek. Składających samych siebie z resztek. Nie dbali o nic poza pożywieniem, poza tym żeby istnieć kolejny dzień. Po co? Dlaczego? Oni nie zadawali sobie takich pytań. Byli jak zwierzęta. Oni byli zwierzętami.

Czasem ustawiali reflektor, gdzieś na wzgórzu i czekali. To była idealna przynęta… Idealny potrzask. Spragnieni światła schodzili się, zlatywali niczym ćmy do płomienia świecy, i zwykle zbyt późno, o ile w ogóle, orientowali się, że to pułapka. Stawali się łupem i pożywieniem szczurów.

~*~

Ludzie mają niezwykłą tendencję do zastanawiania się co by było gdyby. Wyobrażania sobie rozmów i sytuacji, których nigdy nie będzie, bo nigdy nie będzie już ludzi, z którymi mieliby przeprowadzić tę rozmowę. Tutaj, na Samotnej Planecie, prawie nie było rozmów, bo i nie było o czym rozmawiać. Złowroga cisza istot nie widzących sensu w niczym. Tylko ci, którzy wciąż o coś walczyli nie obawiali się mówić. Podobnie ci, którzy leczyli swój ból brakiem wiary w tę rzeczywistość. On jednak wierzył, lecz nie było już z kim i o czym rozmawiać. Jedni umarli, innych pożarło szaleństwo, tak jak pożerało i jego samego. Może właśnie dlatego wolał spłonąć gdzieś wysoko niż utonąć w błocie tuż przy tej przeklętej ziemi.

Wszyscy patrzyli w stronę bladego światła, ledwie przebijającego się przez brązowe chmury oparów. Wszyscy, nawet ci, którzy dołączyli do wyprawy jedynie w nadziei na śmierć czuli to samo, co ciągło te szalone istoty do kręgów światła, wyciągające ręce do odblasków dawnej boskości. Oni przecież mieli jej niemalże dotknąć. Jeśli tylko statek wytrzyma… jeśli nie pożre ich Bal’thramzur. On również patrzył. Wolał śmierć niż pogrążanie się w otchłani szaleństwa, ale czy właśnie to nie miało miejsca? Leciał do źródła szaleństwa i zagłady tych wszystkich zapatrzonych. I każdy powód by to zrobić był lepszy niż żądza samodestrukcji.

Myślał teraz o wszystkich dawnych błędach. O wszystkich życiach, które niesprawiedliwie zabrał i za co przez resztę życia starał się pokutować. Tym trudniej, że nigdy się nie wyzbył chorej fascynacji dla skrytobójczej sztuki. Tak jak dla zapatrzonych światło, tak dla niego ostrze noża było jak narkotyk. Pokusa z czasem była coraz mniejsza, aż w końcu przestał być zdolnym do tej sztuki w ogóle. Co z jednej strony było wielką ulgą, ale też i bólem. Bolesną świadomością, że jest coś, coś pięknego, czego już nigdy w swoim życiu nie zrobi. Pięknego w czynności, ale złego w skutkach o czym sam boleśnie się przekonał.

Teraz jednak ból nie miał już żadnego znaczenia, bo nie było niczego co nie byłoby bólem. Całe jego ciało i cała dusza była bólem. Każdy wyblakły obraz w jego zmienionych oczach był bólem. Każdy sztuczny oddech był nim również jak i sztuczny głos. Bał się tylko stracić pamięć o tym czym był i dlaczego jest tym czym jest. A nie zawsze już pamiętał. Kiedy jednak patrzył poprzez rozchodzące się powoli, błotniste chmury za oknem statku Thakazur 381B i jasne, czyste światło, coraz bliższe, przypominał sobie czym kiedyś było Ord. Czym było jego boskie słońce, które stało się dla niego symbolem i strażnikiem jego własnego odkupienia. I nagły strach… W ostatnich minutach życia zobaczyć martwego Tha’rha’motzura. Pierwszy dreszcz strachu od, zdawać by się mogło, setek lat. A może wcale mu się nie zdawało? Czas już dawno zatonął w nieskończonym oceanie bólu. Wszystko działo się jednocześnie, to co było, jest, a czasem wydawało mu się, że nawet to co dopiero będzie. Pamiętał światło ze swoich snów. Teraz je sobie przypominał.

Ten strach, ekscytacja… Nie spodziewał się, że poczuje cokolwiek poza ulgą, że to koniec tego wszystkiego, tej groteski jaką stało się jego życie. Kiedy zdołał oderwać wzrok od coraz silniejszego światła, patrzył na pozostałych. Wszyscy w milczeniu, bezruchu, wypatrywali. Wiedział, że czują to samo. I może tak jak on, czują wyrzuty sumienia, że weszli na ten pokład z nadzieją na śmierć, z tak nędzną i desperacjką chęcią ucieczki, kiedy wznosili się do boskości. Kiedy tylu lepszych od nich powinno dostąpić tego zaszczytu. Miał ochotę coś powiedzieć, odezwać się, ale wtedy przypominał sobie czym jest teraz. Nie chciał słyszeć tego obcego głosu i chyba wcale nie musiał nic mówić. Patrzył znów w światło, coraz silniejsze, wyraźniejsze, przebijające się przez gęste chmury. Nikt nie zwracał uwagi na krążące wokół resztki, na fragmenty ciał bogów, którzy zginęli w ostatniej bitwie. Może jakaś ostania iskra boskości Diamentowego Smoka chroniła ich w drodze do niego. Bo nawet kapitan nie patrzył na nic poza światłem przed nimi. Drżał tak samo jak inni. Pragnął i jednocześnie bał się ujrzeć to do czego dążyli. Może tylko on, najzdrowszy z nich wszystkich, naprawdę wierzył. Któż jednak wie co kryło się w jego duszy.

„Jest… Jest, widzimy go… On jest…“ tak właśnie brzmiał ostatni przekaz z pokładu Thakazura 381B. Najpierw oślepiło ich światło, tak jak gdyby spojrzeli prosto w słońce. Tak jakby spojrzeli na to, czego prawdopodobnie nikt na tej planecie już nie ujrzy. Gdy ich oczy przyzwyczaiły się do światła ukazał im się… Krystaliczne, lekko zmatowiałe ciało Taramota. Smoczego króla narodzonego z krwi i gniewu umarłych smoków i ludzi, mściciela i obrońcy całego Ord. Wyglądał jak ogromny, diamentowy posąg, wiszący w próżni, w którego wnętrzu wciąż płonęło słońce. Lekko rozwarta paszcza, przezroczyste, martwe oczy, łuski obtłuczone, wyrwane z jego ciała… Tak się bał tego widoku, obrazu upadku, jak sądził, a jednak… Ujrzał piękno jakiego nie widział. Nieśmiertelne serce Tha’rha’motzura wciąż dawało światło, tak samo mocne, a jego ciało nie było pozostałością… było pomnikiem. Czyste, choć martwe. Niesplamione. Idealne. Poczuł jak łzy napływają do jego oczu.

Statek zbliżał się coraz bardziej, było coraz bardziej gorąco, metal nagrzewał się, ale też i oczyszczał. Płaty rdzy pomieszanej z krwią odpadały od kadłuba, przyrządy pokładowe zaczęły szaleć. Usłyszał brzęk metalu. To była ręka kapitana. Stał i patrzył na swoją dłoń, obojgiem oczu. Metalowa proteza leżała na podłodze… Wtem i sam poczuł, że się rozpada, że znika gdzieś ból, wzrok jaśnieje, po chwili jednak wszystko pociemniało, stracił oddech, maszyna oddychająca za niego przestała działać. Poczuł gorącą, metalową podłogę na twarzy i nastała ciemność.

Czerwień, wszędzie czerwień, morze, ocean czerwieni… Krew? Jeśli to była krew, była czysta. Nie ta, która przepływała teraz przez Samotną Planetę. Czerwień, czerwień… Oddech, czuł własny oddech, czuł zapach. Nie widział siebie, był tylko czarną sylwetką pływającą w morzu czerwieni. Morzu życia? Tak ciepłego, tak prawdziwego, tak wspaniałego. Zaczął się śmiać, wyciągał ręce, przetaczał się, pływał w tej krwi, mógł nią oddychać. A może to tylko światło? Światło przebijające przez ciało matki, z którego dopiero miał wyjść?

Otworzył oczy i podniósł się gwałtownie. Światło, statek, Taramot… Rodził się na nowo, rodził się, ale nie dla tego świata. Oni wszyscy się rodzili. Spojrzał na siebie, na swoje ciało, znów kompletne… Uniósł wzrok. Patrzył na niego ten sam człowiek, który siedział przy nim przez całą drogę. Ten, któremu zamknął usta już na początku podróży.
„A jednak tu jest niebo…“ powiedział drżącym głosem. Po jego twarzy spływały łzy, uśmiechał się. To był tak rzadki widok: uśmiech. Nie mogli być na Samotnej Planecie, bo na niej nie istniał uśmiech ani szczęście. A oni obaj to czuli. Czuli to oni wszyscy.
„Tak… To jest niebo.“ Usłyszał swój głos po raz pierwszy od dziesiątek lat. Znowu był człowiekiem, znowu był Dantheriusem, a nie ochłapem tego czym był kiedyś.
„Wracamy do domu.“

~*~

Błękit, najczystszy błękit nieba prawie niezauważalnie przechodzący w biel chmur otaczających górskie szczyty. Krzyk orła, krystalicznie czyste powietrze. W dole, niżej, szum drzew, morze falującej zieleni i gdzieś oni, ci wszyscy ludzie i nieludzie. Mali, niewidzialny, kropki, punkciki, ziarenka piasku toczące swoje życie, swoją walkę. W szaleństwie i złości, nienawiści, bez myśli albo w trosce o siebie, własny dom. Jeszcze ci żyjący z dala od szumu, toczący swoją małą, malutką, wręcz niedostrzegalną nawet dla innych walkę, a jednak najwiekszą dla nich samych. Granatowe, ciężkie fale na morzu, spokojna tafla wielkiego jeziora, tuż przy zboczach gór i miasto zbudowane na ruinach. Na starych fundamentach i wśród starych budowli, pamiętających zamierzchłe czasy starych bóstw. Pustynie wschodu i południa, palące słońce. Słońce. Prawdziwe, żywe słońce. Niosące złocisty blask w zenicie, zalewające wnętrza domostw bursztynem o poranku. Budzące świat do życia i kładące go do snu. Każdy jeszcze z jego cząstką pod powiekami, zapada w ciemność, by kolejnego dnia znowu powstać i znowu zbierać w sobie światło płynące z nieba, aby przetrwać noc.

~*~

Statek powietrzny Thakazur 381B przepadł gdzieś w górze, wśród błotnistych chmur, wśród resztek, gdzieś pośród martwych bogów. Niektórzy mówili, że zabrał ich Taramot, że jego duch ich przyjął, inni nie powiedzieli nic. Samotna Planeta milczała. Nie dostrzegła tych kilku ziarenek piasku, które niby niesione wiatrem, uleciały gdzieś w chmury i zniknęły. Tutaj nie wstawał dzień.


Bezpieczeństwo w sieci III: Przezroczysta cebula


Tym razem zgodnie z obietnicą… Temat od którego właściwie miałem zacząć.

More of that #onion #for #privacy. Sorry for being silent. #lomogramPrzezroczyste proxy Tora
Przezroczyste? Co to oznacza? Oznacza to, że nasz system nie wie, że korzysta z proxy, a cały ruch sieciowy przelatuje przez sieć Tor. Jeśli wyłączymy Tora, albo z jakiegoś powodu Tor się nie uruchomi / nie połączy, nie połączymy się z internetem w ogóle. Więc przypadkiem nie zdradzimy swojego prawdziwego IP. Co mogłoby się zdarzyć przy korzystaniu z przeglądarki z rozszerzeniem przepuszczającym nasz ruch przez Tora, a które to rozszenie nagle by się wysypało z jakiegoś powodu (takie ryzyko nie istnieje w Tor Browserze). Trzeba jednak brać pod uwagę, że nasz system może wysyłać inne identyfikujące nas dane oprócz tego co się dzieje w przeglądarce (zwłaszcza na Windowsie).

Windows?
Rozwiązanie niesprawdzone, ale istnieje coś takiego jak Tallow. Wydaje się to być takim transparent Tor proxy na jeden klik. Inne rozwiązania jakie znalazłem dla Windowsa zakładają odrobinę kombinowania z routerem albo stawianiem maszyn wirtualnych… Ostatnie zmiany w Tallow są sprzed pół roku, więc potencalnie może być dziurawy. Polecam najwyżej w ramach eksperymentów.

Linux? [nerds warning]
Na linuksie ustawienie przezroczystego proxy Tora to natomiast wykonanie paru komend i drobne zmiany w konfiguracji. Co jest potrzebne?

Po pierwsze, zakładam, że korzystamy z dystrybucji opartej na Debianie (Ubuntu, Linux Mint, hm… Debian, Kali Linux). Jeśli korzystasz z innej, prawdopodbnie używasz innej komendy do instalacji pakietów i użytkownik Tora może nazywać się inaczej niż ‘debian-tor’.

Krok pierwszy: instalacja odpowiedniego oprogramowania
W konsoli logujemy się do root’a:

sudo su



Ściągamy / instalujemy wymagane oprogramowanie:

apt update && apt install tor iptables



Modyfikujemy plik /etc/tor/torrc dodając na początku:

VirtualAddrNetworkIPv4 10.192.0.0/10
AutomapHostsOnResolve 1
TransPort 9040
DNSPort 53



Zmieniamy plik resolv.conf by wyglądał tak:

nameserver 127.0.0.1



Następnie musimy ustawić iptables tak, żeby przepuszczało cały nasz ruch sieciowy przez Tora. Skrypt znajdziecie tutaj.

Jest to delikatnie zmodyfikowany skrypt stąd. Moje zmiany sprawiają, że można ustawić go jako skrypt startowy + nie musimy wpisywać na sztywno id użytkownika Tora.

Skrypt umieszczamy w /etc/init.d pod nazwą z99iptables.rules (lub dowolną inną, ale dla spójności zmieńcie ją też w treści skryptu). Upewniamy się, że jest wykonywalny:

chmod +x /etc/init.d/z99iptables.rules



Aby uruchomić przesyłanie ruchu przez Tora, wpisujemy:

/etc/init.d/z99iptables.rules start



By wyłączyć:

/etc/init.d/z99iptables.rules stop



Jeśli chcemy by skrypt był uruchamiany przy starcie systemu wykonujemy komendę:

update-rc.d z99iptables.rules defaults



Jeśli chcemy to wyłączyć:

update-rc.d z99iptables.rules remove



Simple as that. Mamy przezroczyste proxy Tora. Testujemy czy działa wchodząc na stronę Tor Check.

Teraz każdy program łączący się z internetem z jakiego korzystamy, łączy się przez Tor’a, nie wiedząc o tym. Czyli możemy np. ściągać pliki ze stron w domenie .onion wget’em, nasz klient poczty łączy się przez Tora, nasze komunikatory, nasza przeglądarka (przy tej okazji należy pomyśleć o zabezpieczeniu jej), nawet aktualizacje systemu lecą przez ‘cebulę’. Czy to sprawia, że jesteśmy turbo anonimowi? Nie.

W następnym odcinku prawie stuprocentowa anonimowość, czyli system operacyjny Tails.


Bezpieczeństwo w sieci II: nie pamiętaj historii, nadmiar cebuli, VPN


Tym razem nadal w temacie trackowania naszej aktywności w sieci. Dlaczego nie powinniśmy pozwalać przeglądarce zapamiętywać odwiedzonych stron? Otóż dlatego, że strony, które odwiedzamy mogą mieć do niej dostęp.

Jak się chronić?
Jeśli koniecznie chcecie zachować możliwość zapisywania historii, zabezpieczeniem będzie blokowanie trackerów (co i tak powinniśmy robić), ale nasza ochrona i tak może przepuścić mniej lub bardziej złośliwy skrypt, którego nie znajdziemy na ‘czarnej liście’ rozszerzenia, z którego korzystamy. Dlatego dla pełni bezpieczeństwa należałoby w ogóle wyłączyć obsługę JavaScriptu, co zresztą ‘zepsułoby’ większość stron, z których korzystamy na co dzień.

Dlatego lepiej po prostu wyłączyć zapisywanie historii w przeglądarce. Potrzebne linki możesz zawsze oznaczyć jako zakładki, zamiast przechowywać masę niepotrzebnych danych, które dodatkowo mogą zostać użyte bez twojej wiedzy. W większości przeglądarek można to zrobić z poziomu ustawień, Chrome jednak potrzebuje do tego odrębnego rozszerzenia, ‘No History‘.

Nie muszę chyba wspominać, że jakiekolwiek synchronizowanie danych przeglądarki (które oferuje Chrome oraz Firefox) to zły pomysł. Oczywiście, stracimy nieco na wygodzie korzystania, ale nikt nie mówił, że bezpieczeństwo = wygoda.

#onion #tor #Internet #privacy #securityCzemu nie warto przesadzać z cebulą
Po pierwsze, korzystając z Tora, automatycznie jesteśmy podejrzani. Trzeba przygotować się komunikaty o podejrzanej aktywności na koncie od Google’a, Facebook’a, Twitter’a jeśli będziemy się logować przez Tora… Jeśli nie zabezpieczyliśmy tych kont odpowiednio, możemy mieć problem z odblokowaniem ich, po ew. blokadzie w wyniku tych ‘podejrzanych’ aktywności.

Na sporej części stron też będziemy musieli rozwiązywać czasami ciężko odczytywalne captch’e, by w ogóle móc dostać się do ich treści. Pomijając fakt, że niektóre strony w ogóle nie będą działać przez Tora. Dodatkowo: Tor jest super powolny.

Alternatywa?
VPN. Tunelowanie ruchu sieciowego przez zewnętrzny serwer, który pozwala również ukryć naszą aktywność sieciową (przed dostawcą) oraz lokalizację / IP (przed serwerem docelowym). Zależnie od VPN’a z jakiego korzystamy, mamy różne poziomy bezpieczeństwa (istnieją nawet VPN’y łączące się przez Tora). Przykład dobrego i popularnego VPN’a (z którego sam korzystam) to NordVPN.

Pewnym minusem VPN’ów może być to, że są płatne. Istnieją oczywiście darmowe, ale nie są warte uwagi (reklamy i zapewne handel danymi użytkowników) oraz prawdopodobnie bardziej niebezpieczne niż korzystanie z internetu bez żadnego ‘pośrednika’. Jeśli zależy nam na darmowym rozwiązaniu, to zostaje Tor.

Jeszcze jeden potencjalny minus jest taki, że dostawca naszego VPN’a może zachowywać logi naszych aktywności, nawet wbrew zapewnieniom, że tego nie robi… dlatego należy wybierać zaufanych dostawców albo zostać przy Torze.

Jak VPN???
Na stronach większości dostawców VPN’a znajdziemy wszystkie potrzebne informacje, dla różnych systemów operacyjnych (również mobilnych) oraz aplikacje pozwalające zautomatyzować i ‘uprzyjaźnić’ korzystanie (zwykle dla Windowsa i OSX’a). Linuksiarze muszą zadowolić sie oficjalnymi tutorialami (które działają, przynajmniej na NordVPN).

W następnym odcinku Tails i przezroczyste proxy Tora. (Miało być w tym, ale zdążyłem położyć łapy na VPN’ie)


Bezpieczeństwo w sieci I: przeglądarka i cebula


Bez przydługich wprowadzeń, parę słow o Torze.

Co Tor robi?
Tor sprawia, że wasz dostawca internetu nie wie z jakimi stronami się łączycie, więc nie może nikomu udostępnić tych informacji ani z nich skorzystać.

#padlock #lock #Security #lomogramTor sprawia, że strony z którymi się łączycie, nie ‘wiedzą’ skąd się łączycie, ani efektywnie odróżnić różnych użytkowników Tora tylko na podstawie IP.

Dodatkowo, wszelkie dane przepływające przez Tora są szyfrowane, jedynie na etapie łączenia się już z samym serwerem docelowym dane mogą nie być szyfrowane (HTTPS – bezpieczne połączenie, HTTP – zwykłe / nieszyfrowane).

Tor umożliwia również łączenie się z tzw. Hidden Services, ‘ukrytymi’ stronami w domenie .onion, ale o tym później.

Czy Tor jest w stanie uchronić nas przed byciem śledzonym? Tylko częściowo. Przede wszystkim, powinniśmy być konsekwentni w używaniu Tora: albo w danym temacie / na danej stronie robimy wszystko przez Tora albo nie.

Jak się zabezpieczyć?
IP oraz lokalizacja to tylko jeden z elementów identyfikujących nas w sieci. Nawet łącząc się przez Tora / Proxy / VPN*, wciąż możemy być śledzeni. W celu uniknięcia tego, powinniśmy zabezpieczyć naszą przeglądarkę (lista przydatnych rzeczy na dole) Jeśli chcemy przy tym zachować anonimowość nie powinniśmy się logować do Facebook’a i innych serwisów mogących zawierać chociażby nasze prawdziwe nazwisko (pod warunkiem, że w ogóle chcemy je ukrywać).

Wyłączyć, zaorać wtyczkę Adobe Flash. To samo z wtyczką Javy. Blokować niezaufane JavaScripty (wtyczki do tego na dole).

Tor nic nie da jeśli zainstalujemy sobie jakiegoś Trojana czy innego wirusa, dlatego… uważaj gdzie zaglądasz, co ściągasz oraz co instalujesz.

Kolejnym co identyfikuje nas w sieci jest tzw. fingerprint przeglądarki. Jest to zestaw danych wysyłanych przy każdym połączeniu, informujący z jakiej przegladarki i jakiego systemu korzystamy, w tym informacje o wtyczkach, czcionkach, etc. Istnieją sposoby zabezpieczające przed tym przynajmniej częściowo (info na dole). I tutaj pewien paradoks: im bardziej zabezpieczona i ‘nietypowa’ przeglądarka, tym bardziej unikatowy fingerprint. Jednak jeśli nie jesteśmy ścigani za przestępstwa w sieci, prawdopodobnie nie mamy czym sie martwić, ale… To, że nie posiadamy np. nic wartościowego, nie sprawia, że zostawiamy drzwi do mieszkania otwarte na oścież.

Hidden Services
Jeśli nie zamierzacie nurkować w tzw. Deep Web, gdzie w sporej części możecie znaleźć głównie rzeczy, których i tak wolelibyście nie znajdować, raczej nie potrzebna jest wam wiedza czym są i jak się do nich dostać, ale… Najprościej rzecz ujmując, ukryta usługa Tora łączy się z Torem, podobnie jak zwykły użytkownik, po czym wewnątrz sieci Tor następuje połączenie z użytkownikiem. W ten sposób cała komunkacja klient-serwer jest nie do prześledzenia. Ciekawostka: Niektóre mniej lub bardziej znane portale mają własne ukryte usługi, na dole parę linków.

Kolejna kwestia to bezpieczeństwo w sieci na urządzeniach mobilnych, ale to temat na osobny tekst (sam na razie ekperymentuję w tym obszarze).

Tymczasem koniec TL;DR; i czas na konkrety:

Przydatne rozszerzenia dla przeglądarek:
– No History (Chrome) – wyłącza zapisywanie historii przeglądania (W FF można to wyłączyć w ustawieniach)
– uBlock Origin (Chrome / FF) – taki lepszy (szybszy i lżejszy) AdBlock
– HTTPS Everywhere (Chrome / FF) – wymusza protokół HTTPS
– Privacy Badger (Chrome / FF) – ‘zjada’ pliki cookie pozwalające nas śledzić
– Random (Hide) User-Agent (Chrome) – losowo przydziela nam informacje o używanej przeglądarce przez co nasz fingerprint się zmienia (można ustawić częstotliwość zmian). Czasem jednak ‘psuje’ to niektóre strony – próbują serwować wam content dostosowany do innej przegladarki niż wasza.
– Random Agent Spoofer (FF) – j.w., ale dla FF.
– Disconnect (Chrome / FF) – przyspiesza naszą przeglądarkę blokując potencjalny szkodliwy / śledzący nas content (piniądz!)
– Click&Clean (Chrome / FF) – oferuje mase opcji, głównie w kwestii czyszczenia danych przeglądarki po zamknięciu karty, zezwoleń na przechowywanie plików oraz bezpiecznego zamykania przeglądarki (zaorującego wszelkie dane przeglądarki, poza naszymi ustawieniami rzecz jasna)
– Hide My Ass! Proxy (Chrome / FF) – rozszerzenie ułatwiające używanie proxy o wspomnianej nazwie, przez co pozwala nam ukryć swój tyłek, o ile już nie ukrywamy się za pomocą Tora.
– NoScript (FF) – blokuje skrypty JS. Albo wszystkie (czego nie polecam ponieważ sporo stron po prostu nie będzie działać, chociaż można użyć tej opcji by z czasem odblokować skrypty na wybranych, zaufanych witrynach), lub wskazane w konfiguracji. Blokuje również wtyczkę Flasha (której najlepiej w ogóle nie mieć, chociaż niestety np. Deezer jej wymaga) oraz Javy (j.w., to obecnie do niczego nie jest chyba potrzebne w przegladarce).

Aplikacje
Tor Browser – rozwiązanie all-in-one. Oficjalna przeglądarka Tor’a, będąca zmodyfikowaną wersją Firefoxa, z kilkoma przydatnymi rozszerzeniami (w tym z większością przeze mnie wymienionych) i przede wszystkim uruchamiająca własną instancję Tor’a bez potrzeby żadnej konfiguracji i zabawy z ustawieniami proxy. Polecam wersję angielską jako, że polska nie zawsze jest aktualna.

Tails – system operacyjny działający w całości przez Tora, nie przechowujący żadnych danych użytkownika. Bardzo bliski pełnej anonimowości, ale raczej nie do użytku na codzień.

Bezpieczne wyszukiwarki
DuckDuckGo
Disconnect Search

Cebulowe linki
Facebook
DuckDuckGo

To by było na tyle. W następnym odcinku o tunelowaniu całego ruchu przez Tora w systemie Linux, o dystrybucji Tails i jak stworzyć cebulową sieć WiFi (to ostatnie o ile moje eksperymenty się powiodą).

Wiem, że nie napisałem jak używać Tora w zwykłej przeglądarce, ale nie uważam tego za dobre rozwiązanie, następnym razem może napiszę dlaczego.

* – o tym wkrótce.


Zmiany


Pierwsza i najważniejsza zmiana jest taka, że planuję zacząć pisać regularnie. Minimum jeden post w tygodniu i nie mam tu na myśli takich krótkich notek, zwykle o niczym.

Good #morning. #sky #sunrise #lomogramKolejna zmiana, to nowy dział, “Photos” (oryginalna nazwa, wiem). Na razie sa tam tylko zdjęcia z mojego instagrama, ale planuję nieco rozwinąć temat fotografii, poza zdjęcia mobilne (dwa, stare rosyjskie ‘analogi’ czekają w szafie).

Planuję wkrótce też napisać parę tekstów w temacie prywatności (nie stricte anonimowości) w sieci, bo z okazji ‘ustawy o inwigilacji’ sam wróciłem do tematu, więc spróbuję przedstawić wam to i owo do czego sam doszedłem oraz co sam zacząłem praktykować.

Poza tym, miałem napisać tekst noworoczny, ale to już chyba trochę po ptakach, ale mój stary tekst jest chyba nadal aktualny (poza tym, że w kwestii prawosławnych imprez, na tyle na ile się orientuję, też już jest za późno).

W temacie noworocznym powiem tylko: nie myślcie, że pierwszy dzień roku definiuje cały rok, bo to nieprawda. Nie fiksujcie się na takich zabobonach, zwłaszcza jeśli próbujecie sobie w ten sposób wmówić jaki zły będzie ten rok. Będzie taki w jaki sposób do niego podejdziecie. I zawsze w taki sposób możecie samemu spełnić swoją złą wróżbę (jedyne wróżby warte spełniania to te dobre).


Medialny reżim


Któż by pomyślał, że wydarzy się sytuacja kiedy media same dokonają zamachu na swoją wolność. Dezinformacją, brakiem etyki w działaniu. Byciem marionetką odsuniętego od władzy układu, poza wszelką godnością. Byle tylko znów przykleić ‘swoich’ do koryta.

tlisek

Ci ‘dziennikarze’, pokroju Tomasza Lisa, to nie dziennikarze. Co oni uprawiają nie ma nic wspólnego z dziennikarstwem, opisywaniem rzeczywistości. Żadnego powołania, żadnej misji. Tylko lansować nowych złodziei, bezideowych oszołomów, skoro poprzedni już są przegrani. Aby bezpiecznie siedzieć na swojej pieczołowicie utoczonej kuli gnoju, którym próbują karmić innych, wmawiając im, że to czekolada.

Niedobrze mi się robi jak patrzę na te mordy. Wściekłe psy (lisy?) toczące pianę. To ich żałosne dogorywanie kosztuje nas zbyt wiele. Ludzie bez godności, próbujący kreować wizję świata szarych mas, dopuszczą się każdej podłości. Sprzedaliby wszystko, by znów być pupilkami władzy, bo już oduczyli się, przez te osiem lat, jak być cholernymi dziennikarzami. Jak spełniać swoją cholerną funkcję.

Z pewną satysfakcją obserwuję ich upodlenie, gdy pokazują jak żałosnymi, małymi bytami w rzeczywistości są… trochę się tylko boję, że nie ‘zdechną’ tak łatwo. Tak mali ludzie przełkną każde upokorzenie, by znów poczuć się bezpiecznie. ‘Bronić’ państwa, które przecież za czasów ich żywicieli istniało tylko teoretycznie. Widać jego rzeczywiste istnienie nie jest na rękę sprzedawcom kłamstw.


Zarobiony jestem


Senność, wczoraj bez tekstu, teraz też ciężko, ale… Potrzebuję sobie znowu wypracować umiejętność i regularność w pisaniu. W myśleniu o pisaniu. Rozplanować nowe części cyklów opowiadaniowych (z czego tylko jeden, “Odmieniec“, pozostanie tutaj). Do tego Żelazny Kos, do tego dłubanie w obu stronach, do tego nauka, ‘hobbystyczne’ kodowanie…

Processed with VSCO with b5 preset

Wcześniej narzekałem, że nie mam czasu, warunków, chęci do robienia czegokolwiek poza pracą, to teraz sam nadaję sobie dodatkowych obowiązków, ale tak jest chyba dobrze. Wracam do rzeczy, które robiłem od zawsze, a na które w pewnej chwili zabrakło mi… czegoś, nie wiem czego. Czasu, chęci, siły, może wszystkiego po trochę.

Tekst miał być o tym, że lubię (sprzętowo i systemowo) utrudniać sobie życie. Lubię. Może innym razem napiszę coś o tym, choć pewnie wielu to niezbyt interesuje.

Zdjęcie bez w zasadzie bez związku. Poranne widoki i brak kolorów. Chociaż to chyba zdjęcie starsze niż parę dni. W każdym razie, mój widok w oknie od ponad 20 lat, z krótką przerwą na inne widoki.


Zgniłem


Nie wiem co mnie podkusiło, ale wlazłem na parę fanpage’y hejtujących ‘twarze’ polskiej blogosfery i po zobaczeniu co ci ludzie z siebie robią, zgniłem tak bardzo, że prawie odpadły mi ręce.

Cynizm, hejty, pogarda. Kiedyś tak pisywałem, do pewnego momentu, pewnego stopnia było to nawet zabawne (mam nadzieję, że nie tylko dla mnie), ale jak wiadmo, co za dużo to nie zdrowo.

Tymczasem powrót do korzeni chyba dobrze mi robi, powoli wstaję na nogi, dostrzegam, że może jednak trochę umiem życie, że jednak czegoś się nauczyłem, a z drugiej strony, że w duszy jednak nadal mam to samo.

I wracam do częstszego pisania tutaj, może bardziej tak jak kiedyś na Tumblrze (a czego pozostałości są na tym blogu), z przerwami na jakieś ambitniejsze twory.

Tymczasem, dobrej nocy. Nie wiem czemu za każdym razem jak mam się kłaść spać to zaczynam pisać. No, ale od czego jest kawa.


Notatka #8: Spojrzenie wstecz


Dodałem logo, zmieniłem stream postów na to, co de facto pojawia się na blogu… I coś mnie tknęło przejrzeć starsze wpisy. Część to totalne śmieci, jakieś reblogi zaimportowane z Tumblra, które pewnie powinienem ukryć / usunąć, ale nie w tym rzecz…

Znalazłem krótką notkę napisaną po naszej pierwszej przeprowadzce w Poznaniu. Z mieszkania w bloku, na dużym, nowym osiedlu, do z pozoru przytulnej klitki, w domku podzielonym na mieszkania. O tym jak opuszczam bezduszne blokowisko i… Argh. Złość mnie ściska na samą myśl. Tamto miejsce było nasze, po prostu nasze, a trafiliśmy do tej nory, w której spędziliśmy ponad rok życia. W pewnym momencie byłem już tym tak przytłoczony, że nie chciało mi się tam wracać, a wyjeżdżając stamtąd, czułem, że zostawiam fragment duszy. Chory, zdeformowany wycinek zatruwający całość.

Kiedy teraz o tym myślę, to to na pewno wybiórcza pamięć. Z czasem i do tego będę czuł sentyment, minie złość, ale nie ma co tego roztrząsać. Teraz czuję spokój. Znajome tykanie zegara nocą, światło latarni przy oknie, a w nim widok na pola. I czerwone światła wieży radiowej.

A z drugiej strony myśl o tym. Dobrej nocy.